Zobaczyć Jerozolimę i zachorować

Manopello: twarzą w twarz z Chrystusem
Andamany & Nikobary
marker
Izrael
mix
Zwiedzanie
Tekst i zdjęcia:
J. Kałucki
Betlejem i Jerozolima – w tych dwóch, oddalonych od siebie o dwadzieścia parę kilometrów miejscowościach miały miejsce dwa najważniejsze dla chrześcijaństwa wydarzenia: narodziny i śmierć Chrystusa.

Trzeba uważać, gdy przyjedzie się do tego drugiego miasta na to, by nie dopadł nas syndrom jerozolimski. Zapada nań kilkaset osób rocznie, którzy, oszołomieni bezpośrednim kontaktem z religijnym i historycznym dziedzictwem miasta, albo wprost uznają się za Mesjasza, Samsona, Mojżesza, Matkę Boską, króla Dawida, albo też uznają, że mają do wypełnienia szczególną misję religijną. Najgłośniejszą jak dotąd „misję” kilkanaście lat temu wypełniał pewien Australijczyk, który podłożył ogień pod meczet Al-Aksa na Wzgórzu Świątynnym, by oczyścić miejsce z niewiernych przed nadejściem Pana.

„Syndrom jerozolimski”
To ostra forma tego, czego doświadczy w mniejszym lub większym stopniu niemal każdy, kto przyjedzie do tego po trzykroć świętego miasta.
Doświadczyć go może chrześcijanin wyruszając na zwiedzanie Jerozolimy z Góry Oliwnej. Najpierw rzuci okiem na panoramę miasta z tarasu kościoła Dominus Flevit („Pan zapłakał” – miejsce, gdzie Jezus przepowiadał zburzenie Jerozolimy). Będzie oczywiście wypatrywał Bazyliki Grobu Pańskiego, ale także kościoła Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny na górze Syjon. A potem, zanim dojdzie przez dolinę Cedronu, gdzie ludzkość zbierze się na Sąd Ostateczny, do Bramy św. Szczepana (jednej z 8 bram miasta), minie Ogród Oliwny by dotknąć mających ponad 2000 lat drzew oliwkowych, pod którymi Jezus modlił się przed śmiercią oraz Grób Matki Boskiej. Po drodze wstąpi jeszcze do kościoła Pater Noster (tu Jezus nauczał tego pacierza), by zobaczyć krużganki obwieszone tablicami ze słowami „Ojcze nasz” we wszystkich językach świata.
Syndrom jerozolimski dotknąć może wyznawcę judaizmu, gdy oglądać będzie z cmentarza żydowskiego na Górze Oliwnej, najdroższego miejsca pochowku, panoramę Jerozolimy z najważniejszym dlań punktem w mieście – Ścianą Płaczu (czyli zachodnią ścianą Drugiej Świątyni, zbudowanej przez Heroda Wielkiego). Gdy stanie między grobami, z których zmarli jako pierwsi zmartwychwstaną w dniu Sądu Ostatecznego. Niebezpieczeństwo czyha po drodze do Złotej Bramy, przez którą Mesjasz wkroczy do Jerozolimy, przy grobach proroków: Aggeusza, Malachiasza i Zachariasza, i ruinach Miasta Dawidowego. Lub kiedy będzie się już o krok od Wzgórza Świątynnego, gdzie Abraham złożył Bogu ofiarę ze swego syna i gdzie stała Świątynia Salomona. Ale niestety – ta brama jest zamurowana, a wzgórze niedostępne dla ortodoksyjnych żydów.

Muzułmanie bezpieczni
Najmniej doniesień o syndromie jerozolimskim dochodzi ze środowiska wyznawców islamu. Choć i muzułmanina może on dopaść, gdy z Góry Oliwnej wypatrywać będzie mieniącego się złotem meczetu Kopuły na Skale na Wzgórzu Świątynnym. Zobaczy on jak na dłoni centrum świata i miejsce położone najbliżej raju, z którego Mahomet wzniósł się do nieba i gdzie odbędzie się sąd nad wiernymi i giaurami. Kierując się ku Bramie Damasceńskiej muzułmanin wstąpi po drodze do meczetu Wniebowstąpienia Jezusa, jednego z proroków islamu, tuż obok kościoła Wniebowstąpienia Jezusa – syna chrześcijańskiego Boga.
Nie ma natomiast czegoś takiego jak syndrom betlejemski. No, może z wyjątkiem przypadku pewnej Angielki, która w Jerozolimie odkryła, że jest Matką Boską i wyruszyła pieszo do Betlejem, zapraszając po drodze wszystkim napotkanych na urodzinowe przyjęcie syna. Nie ma też w Betlejem tylu świętych miejsc, a o swoistej jednowymiarowości tego palestyńskiego miasteczka �wiadczy ogrywanie w nazewnictwie ulic: tylko jednego wielkiego wydarzenia. Plac Żłóbka, ulica Żłóbka, ulica Gwiazdy, ulica Pasterzy, pola Pasterzy i niezliczona liczba obiektów, które przyjęły nazwę od Bożego Narodzenia.

Historia z kluczem
Kościół, wzniesiony nad miejscem narodzin Chrystusa, to dostojna budowla bez śladu odpustowego nastroju, charakterystycznego dla Bazyliki Świętego Grobu w Jerozolimie. Co ciekawe, tego najważniejszego dla chrześcijan miejsca strzegą wyznawcy islamu. Klucze do Bazyliki Grobu Świętego od ośmiu wieków mają bowiem muzułmańskie rodziny Nusseibehów i Judehów.
Jak mogło dojść do takiego paradoksu? Otóż trzysta lat po wzniesieniu bazyliki przez bizantyjskiego cesarza Konstantyna w miejscu, gdzie matka władcy odnalazła krzyż, bazylika znalazła się na blisko osiem wieków we władaniu muzułmanów. Odzyskali ją na krótko krzyżowcy, ale pod koniec XII wieku znów przeszła w ręce wyznawców islamu. Ci zachowali świątynię i pozwolili pozostać w niej chrześcijanom. Mieli jednak problem – któremu odłamowi powierzyć nad nią pieczę? Istniały już przecież wówczas prawosławny kościół grecki, kościół rzymsko-katolicki, etiopski, ormiański, koptyjski i syryjski.

Saladynowe rozwiązanie
Rozwiązanie problemu było salomonowe, a raczej saladynowe, gdyż to Saladyn po pierwsze – kazał zamurować wszystkie wejścia do bazyliki, z wyjątkiem jednego, a po drugie – klucz do niego dał muzułmanom, pozostawiając chrześcijanom autonomię wewnątrz świątyni.
Mnisi różnych wyznań podzielili między siebie każdy skrawek świątyni – każdą kaplicę, korytarz, okno, ołtarz. W 1852 roku zostało to usankcjonowane oficjalnym dekretem sułtana i od tego czasu nic w bazylice nie może ulec zmianom bez wspólnej zgody sześciu Kościołów. Zgodę osiągnąć niezwykle trudno, tak więc do dziś można obserwować średniowieczną procedurę otwierania bazyliki. Najpierw muzułmanin, członek rodu Nusseibeh, wspina się na drabinę, by dosięgnąć zamka. Inny muzułmanin, z rodu Judeh, podaje mu na drągu klucz. Nusseibeh przekręca klucz, a chrześcijanie wewnątrz świątyni odsuwają sztabę. Jest ich zawsze trzech – franciszkanin, grecki pop i przedstawiciel kościoła ormiańskiego. To moment największego napięcia – nawet najdrobniejsze naruszenie rytuału może być „zamachem” na uprawnienia innych.

Bomba pod bazyliką
Zarzewiem konfliktu może być nawet ustawienie świeczki w niewłaściwym miejscu, więc prawdziwą bombą był pomysł izraelskiego rządu, by na milenijne obchody, kiedy to spodziewano się wielkich tłumów pielgrzymów – odmurować przynajmniej jeszcze jedną bramę. To oburzyło przede wszystkim muzułmanów, którzy straciliby monopol na klucz. Zresztą, z powodu kościoła etiopskiego, który nie zgodził się na wynikające nie wiadomo z czego zmiany do otwarcia kolejnej bramy nie doszło.
Tak więc paradoks z kluczem w muzułmańskich rękach trwa od ośmiu wieków. Pewnie taka była wola boska: niech pieczę nad świętymi miejscami sprawują najmniej narażeni na syndrom jerozolimski.

Ps.
Leczenie chorych na syndrom jerozolimski odbywa się najczęściej w szpitalu psychiatrycznym w Zachodniej Jerozolimie. Tu nikt nikogo nie przekonuje, że nie jest tym, za kogo się uważa. Nie ma to sensu, twierdzą lekarze przytaczając szeroko znany casus dwóch mesjaszy, którzy znaleźli się w szpitalu w tym samym czasie. Gdy umieszczono ich razem, wyzywali się od oszustów.

POWRÓT DO LISTY INSPIRACJI

POPULARNE PODRÓŻE