Tandemem wokół Ameryki Południowej

Samotna podróż przez Syrię i Liban
Wyprawa motocyklowa do Mongolii
mix
Rower
Tekst i zdjęcia:
www.arttravel.pl
Małżeństwo Dorota Muszyńska i Przemek Złotkowski 6 kwietnia 2011 r, wyruszli w podróż rowerową wokół Ameryki Południowej. I jadą dalej... Łączy ich wspólna pasja podróżowania. Podróżują z niewielkim budżetem, ale z maksymalnym zaangażowaniem i entuzjazmem.

Jak narodził się pomysł wyprawy, także na tandemie:)
Podczas wyprawy do Azji, kiedy wypożyczonym skuterem jechaliśmy  gdzieś w Kambodży strasznie dziurawą drogą, zobaczyliśmy dwójkę białych na rowerach. Jechali zakurzeni w strasznym upale. Przemek, który od dawna marzył o wielkiej rowerowej wyprawie, powiedział wtedy, że następnym razem też tak pojedziemy. Ja tylko się uśmiechnęłam, myśląc, że to byłoby ogromne wyzwanie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dwa lata później wprowadzimy ten pomysł w życie. Przemek ma doświadczenie w kolarstwie górskim, a ja na rowerze jeździłam wyłącznie rekreacyjnie, dlatego nasze możliwości znacznie się różnią. Jeżdżąc na oddzielnych rowerach, mieliśmy poważne problemy z utrzymaniem tempa. Wtedy Przemek wymyślił tandem. Początek był nieco zabawny, ale bardzo szybko się zgraliśmy i dwuosobowy rower okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę!

Trudności
Dysponujemy ograniczonym budżetem, dlatego staramy się być jak najbardziej samowystarczalni. Już podczas poprzednich wypraw przekonaliśmy się, że człowiek naprawdę niewiele potrzebuje do życia. Jednak przejechanie rowerem tak ogromnych odległości jak choćby z Salvadoru do Amazonii wymaga wiele czasu i dlatego może się jednak okazać, że nasze fundusze wyczerpią się szybciej niż byśmy chcieli. Jesteśmy więc otwarci na możliwość dorywczej pracy w trasie, jeśli będzie taka okazja. Największe obawy dotyczą też zagrożeń zdrowotnych. Oczywiście zadbaliśmy o wszystkie niezbędne szczepienia. Jesteśmy też zaopatrzeni w najbardziej potrzebne leki, ale nie sposób przecież wszystkiego przewidzieć.  Jesteśmy też świadomi, że w Ameryce Południowej jest wiele miejsc uznawanych za niebezpieczne. Staramy się nie mieć przy sobie zbyt dużej ilości gotówki, a pieniądze na koncie mamy ulokowane na lokacie, co wyklucza możliwość ich wypłaty z bankomatu, w razie gdyby ukradziono nam kartę. Zabieramy ze sobą tylko niezbędne rzeczy, ale staramy się być możliwie najlepiej przygotowani na wszelkie okoliczności.

Relacje
Salar de Uyuni – poczuć klimat pustyni… 10.12 – 12.12.2011

.Przejechanie największej pustyni solnej na świecie rowerem nie stanowi właściwie większej trudności. Trudność stanowi raczej dotarcie do niej piaszczystą drogą. Jednak Salar de Uyuni to jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na naszej planecie…

.Nabraliśmy wody do naszych zbiorników i po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby zrobić zakupy na drogę. W całej wsi był tylko jeden sklepik – piekarnia, gdzie sprzedają pieczywo. Chciałam kupić min. 30 bułek,  ale niestety tyle nie chcieli mi sprzedać, bo dla innych we wsi by zabrakło i ostatecznie udało mi się kupić 20, ale zdawałam sobie sprawę, że to i tak zbyt mało. Cóż jednak było robić… Ruszyliśmy piaszczystą drogą w stronę wsi Jirara, która znajduje się na skraju pustyni. Przed nami widać było wulkan Tumpa i mimo deszczowej pory w Boliwii mieliśmy kolejny słoneczny i ciepły dzień. Wkrótce droga zeszła na pustynię, po wschodniej stronie gór. Jednak w tym rejonie pokłady soli nie są tak białe a miejscami nawet pojawiają się na nich jakieś porosty. Próbowaliśmy skrócić sobie drogę i jechać na przełaj, ale niestety nic z tego nie wyszło i musieliśmy wrócić do drogi. Gdzie niegdzie podłoże było zbyt miękkie i rower po prostu się zapadał. Potem zjechaliśmy z pustyni do Jirara, pedałując w ciemnym i suchym powulkanicznym piasku, przypominającym popiół. We wsi droga skręca na południe i prowadzi na skraj pustyni solnej, która jaśnieje w blasku słońca. Popołudniową porą wjechaliśmy więc na Salar de Uyuni, o której rozmyślaliśmy często w domu, jeszcze przed wyjazdem. Miejscami na obrzeżach pustyni podłoże jest trochę grząskie ale mimo to dało się jechać, choć wkrótce rower cały był oblepiony solą, która wyglądała zupełnie jak śnieg. Jednak im dalej od obrzeży, tym podłoże stawało się bardziej suche i twarde, choć nie gładkie, jako że nie jechaliśmy żadną solną drogą lecz po prostu na przełaj. Mimo to od razu odczuliśmy ulgę po kilku dniach ciężkiego pedałowania beznadziejną drogą w piachu i po „muldach”. Jazdę utrudniał nam tylko silny wiatr, który oczywiście wiał prosto w twarz. Otoczenie było jednak tak niesamowite, że nie zważaliśmy na wiatr. Salar de Uyuni to miejsce zupełnie jak z innej planety. W słońcu solna równina jest oślepiająco biała i zupełnie zatraca się tu poczucie perspektywy i odległości, co utrudniało nam trochę nawigację w terenie. Kierowaliśmy się naszym niezbyt dokładnym kompasem w stronę kaktusowej wyspy Incahuasi. Około 17.00 zatrzymaliśmy się na nocleg. Nadal trochę wiało i Przemek zabezpieczył namiot, z jednej strony przymocowując go do przyczepki a z drugiej do leżącego na solnej powierzchni roweru. Dobrze, że przezornie wzięliśmy ze sobą kamień do wbijania śledzi. Podłoże było bowiem tak twarde, że to wcale nie łatwe zadanie. Gdy obozowisko już stanęło obserwowaliśmy zachód słońca nad Uyuni. Cisza była niesamowita – żadnych dźwięków oprócz tych powodowanych przez wiatr. Otaczał nas niecodzienny krajobraz. W słońcu sól wydawała się jak śnieg a wieczorem w blasku księżyca zdawała się być jeszcze bardziej niezwykła i czuliśmy się jak na nieznanej, dziwnej planecie. W oddali z dwóch stron widzieliśmy szalejące burze i błyskawice – to na skraju pustyni, gdzie nad górami zatrzymują się chmury. Na szczęście do nas nie dotarły, bo mogłoby być niebezpiecznie na tak odkrytym terenie.

Noc była chłodna lecz nie zimna. Jednak zwłaszcza w porze suchej temperatura na Uyuni może spadać w nocy do -20 stopni. Nasze śpiwory wystarczyły by czuć się komfortowo i nie zmarznąć, choć zapobiegliwie nabyliśmy w markecie w Limie jeszcze jeden cienki śpiwór, żeby móc się przykrywać podczas zimnych nocy. A rano obudziło nas słońce, które oświetliło solną równinę i wulkan widoczny na horyzoncie purpurowym blaskiem.

Po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę do wyspy. Dostaliśmy z domu namiary (współrzędne geograficzne) bo za bardzo nie ufaliśmy kompasowi. W drodze Przemek kilkakrotnie sprawdzał w komputerze, połączonym z GPS nasze położenie i korygowaliśmy kierunek jazdy aby nie przegapić wyspy i trafić do tej właściwej, gdyż wysp na Salar de Uyuni jest sporo. No i okazało się, że właśnie dzięki tym namiarom trafiliśmy do Incahuasi, bo inaczej minęlibyśmy ją o jakieś dwadzieścia kilometrów. Z oddali widać już było porastające wyspę gigantyczne kaktusy. Przyglądaliśmy im się dokładnie i z zachwytem, gdy dotarliśmy już do wyspy. Potem postanowiliśmy objechać ją dookoła rowerem i przyjrzeć się jej z drugiej strony. W oddali dostrzegliśmy jakichś turystów i domyślaliśmy się, że tam znajduje się schronisko, o którym czytaliśmy w przewodniku. No i mieliśmy rację. Dotarliśmy wkrótce do prawdziwej turystycznej wioski na pustyni! Zaparkowanych przy wyspie stało ze dwadzieścia jeepów, którymi przyjechali turyści na zorganizowane wycieczki. Na wyspie jest też restauracja, toalety i szlak pieszy, którym można dojść na punkt widokowy i podziwiać wielkie kaktusy. Między tym wszystkim przewijały się gwarne grupki turystów, gawędzących po angielsku, niemiecku i francusku – a jakże by inaczej… Inni kręcili się po pustyni w pobliżu samochodów i robili charakterystyczne fotki, na których zanika perspektywa. Ludzie przyjmują w tym celu najdziwaczniejsze pozy, przez co postronny obserwator wziąłby ich pewnie za bandę szaleńców  Jeszcze inni zmęczeni słońcem, siedzieli pod parasolami rozstawionymi przy autach, popijając chłodzące napoje. No cóż… będąc na takiej wycieczce można, owszem, w łatwy sposób zobaczyć Salar de Uyuni ale na pewno nie poczuć jej klimat. Pustynia to przecież pustka wokół, cisza, odludzie a jak to się ma do restauracji, wielojęzycznego tłumku kłębiącego się wokół i dwudziestu jeepów, między którymi ludzie robią zdjęcia? Cieszyliśmy się zatem, że nie jesteśmy tu z wycieczką i że doświadczyliśmy klimatu pustyni a nie turystycznej wioski. Odczuliśmy pustkę, niezwykłą ciszę, palące słońce w dzień i wieczorny chłód. Jak to na pustyni – musieliśmy oszczędzać wodę i opierać się wiejącemu w twarz wiatrowi. Za to herbata pita wieczorem, w naszym osamotnionym na wielkich, solnych równinach namiocie, smakowała nam lepiej niż najdroższe trunki z restauracji na wyspie. Mogliśmy podziwiać bezkres pustyni, niebo usiane gwiazdami, słuchać szumu wiatru i rozmyślać. Jeśli więc możesz zrezygnuj ze zorganizowanej wycieczki i jak mawiał niegdyś legendarny Adam Słodowy: „zrób to sam!”

Jednak skoro cywilizacja dotarła już na Incahuasi, skorzystaliśmy i my. Nabraliśmy sobie wody do zbiorników a gdy mieliśmy już wodę nie było po co się spieszyć. Mogliśmy spędzić jeszcze jedną noc w tym wyjątkowym miejscu. Odjechaliśmy za wyspę, dalej od tłumu turystów. Tu była cisza i spokój, bo nikomu nie chciało się odchodzić tak daleko od samochodów. Rozbiliśmy namiot ale ledwo zdążyliśmy go postawić zerwał się silny wiatr i Przemek znów musiał budować specjalne konstrukcje, żeby namiot wytrzymał. O gotowaniu można było zapomnieć i na kolację zjedliśmy tylko ciastka. No cóż – taka jest pustynia…
A słońcetymczasem zniżało się coraz bardziej w stronę horyzontu. Oświetlało ciepłym światłem spękane skorupy soli, na których kładły się długie kaktusowe cienie. Z daleka widać było odjeżdżające jeepy z turystami, które wkrótce niknęły na horyzoncie a my jedliśmy herbatniki i słuchaliśmy szumu wiatru.

Na podstawie: www.arttrave.pl i www. tandempl.wordpress.com/

Niezwykły świat Eduardo Avaroa 27.12.2011-6.01.2012

Odkryliśmy jeden z podróżniczych krańców świata! Ukryty w południowym zakątku Boliwii pełen zachwycających krajobrazów  Rezerwat Eduardo Avaroa. Na naszym tandemie przemierzyliśmy piaszczystą drogą obszar od Laguny Verde do Laguny Colorada i był to dla nas  najtrudniejszy odcinek drogi w tej podróży. „Jak nie drzwiami, to oknem” – mawiają niektórzy i to powiedzenie chyba dobrze oddaje naszą determinację. Nie udało się dotrzeć do rezerwatu drogą przez pustkowia Boliwii, to dojechaliśmy tam z Chile bo nie poddajemy się łatwo
Przez pustynię dotarlismy rowerem do położonej na jej wschodnim skraju oazy – San Pedro de Atacama. Oaza zawsze cieszy i jest uroczym, przyjaznym miejscem, jednak San Pedro jest na wskroś turystyczne. Upakowane nachalnie w centrum biura podróży, sklepiki z pamiątkami i turystyczne restauracje trochę drażnią. Przez nie miejscowość straciła swój charakter a lokalni mieszkańcy zginęli w tłumie białych turystów. Przyciągają ich tu chyba liczne ciekawe miejsca znajdujące się wokół i łatwo dostępne, dzięki wspomnianej szerokiej gamie usług turystycznych. My nie czuliśmy w San Pedro klimatu oazy, zagubionej na skraju pustyni ale zostać tu na kilka dni było wygodnie i drogo… Dla nas mieścinka stała się doskonałą bazą wypadową do podjęcia kolejnej próby dotarcia do ukrytego w Boliwii świata Eduardo Avaroa. Na kampingu w San Pedro zostawiliśmy przyczepkę i wszystkie zbędne rzeczy i zaopatrzeni w zapasy wody, żywności, trochę ciepłych ubrań i nowy namiot, kupiony za grosze w markecie w Calamie, ruszyliśmy w kierunku Boliwii. Czekał nas od razu niezły podjazd z powrotem w wysokie góry. San Pedro jest położone na wysokości niewiele ponad 2400 m. n.p.m. i stroma drogą prowadzącą w kierunku granicy musieliśmy pokonać 2200 m. w górę na odcinku 40 kilometrów. Po drodze mijaliśmy pola minowe, które zabezpieczają granice pomiędzy dwoma państwami – biednym i bogatym i zaraz przypomniał mi się „mur berliński”, który pamiętam z czasów wczesnej młodości. Mało sympatyczny był to widok. Po kilku godzinach od wyjazdu z gorącego o tej porze roku San Pedro od razu dało się odczuć spadek temperatury i chłodny wiatr, a wiedzieliśmy, że w górach warunki będą jeszcze trudniejsze. W Boliwii trwała przecież w najlepsze pora deszczowa… Kiedy wdrapaliśmy się na przełęcz zobaczyliśmy odludną, piaszczystą drogę odchodzącą od pięknego chilijskiego asfaltu w stronę górzystych pustkowi, położonych u stóp wulkanu Lincancabur. Po przejechaniu kilku kilometrów dotarliśmy do samotnej „budy” w towarzystwie szlabanu, położonej na kompletnym pustkowiu. To było przejście graniczne do Boliwii w miejscowości Hito Cajon. Urzędnik wstawił nam pieczęć do paszportów i zaraz ostrzegł, że za wjazd do rezerwatu będziemy musieli zapłacić. Niemało bo 150 bolivianów od osoby, podczas gdy miejscowi płacą tylko 30! Na szczęście wiedzieliśmy o tym wcześniej i mieliśmy przygotowane pieniądze. Często jednak zdarza się, że nieświadomi tak wysokiej opłaty rowerzyści przybywający z drugiej strony, z zamiarem opuszczenia Boliwii, po prostu nie mają ze sobą wystarczającej ilości gotówki. Niespodziewanie przy szlabanie granicznym natknęliśmy się na innych indywidualnych turystów, co jest tu raczej rzadkością. To było bardzo miłe spotkanie bo turystami, podróżującymi starą, terenową Toyotą, okazali się nie Niemcy, Amerykanie czy Francuzi ale Czesi. Poczuliśmy się prawie jak byśmy spotkali „rodaków” i nawet mogliśmy sobie porozmawiać, bo przecież nasze języki są na tyle podobne, że możemy się nawzajem zrozumieć. Czesi zaopatrzyli nas w butelkę wody,  przejechaliśmy granicę i w silnym wietrze, podążyliśmy dalej przed siebie pustą drogą. Po około 7  kilometrach dojechaliśmy do zabudowań strażników rezerwatu. W pobliżu widzieliśmy już jasną taflę wody Laguny Blanca, położonej tuż przy wjazdu do rezerwatu. Uiściliśmy wspomnianą już opłatę wjazdową i podjechaliśmy rowerem do schroniska, żeby uzupełnić zapasy wody. Nie było z tym problemu – wodę, podobno nawet zdatną do picia, dostaliśmy za darmo. Laguna Blanca, mimo, że znacznie mniej popularna od sąsiedniej Laguny Verde też jest śliczna. W blasku słońca rzeczywiście wydawała się biała i już tutaj widzieliśmy, po raz pierwszy na terenie tego rezerwatu, piękne, różowe flamingi. Prowadząca przez rezerwat drogą, która do najlepszych nie należy, podążyliśmy w stronę Laguny Verde. Jednak nasz rower, bez przyczepki i części bagażu, radził sobie bardzo dobrze, pomimo, że jako tandem i tak zawsze będzie sporo cięższy od klasycznego roweru. W silnym wietrze, który tym razem wiał nam raczej w plecy (chwilowa zmiana kierunku jazdy z południa na północ kontynentu się opłaciła) dojechaliśmy do Laguny Verde, niewielkiej lecz przepięknie położonej u podnóża wulkanu Licancabur. Było zimno i w miejscu gdzie kamieniste zbocze przy jeziorze osłaniało nas nieco od wiatru postanowiliśmy rozbić namiot. 31 grudnia – noc sylwestrowa, najbardziej cicha i spokojna, jakiej doświadczyliśmy w życiu. Żadnych fajerwerków, toastów, wiwatów, tylko gwiazdy na niebie, szum wiatru i żadnego żywego ducha w pobliżu. To był nasz pierwszy biwak w jednym z bardzo niezwykłych miejsc na terenie Rezerwatu Eduardo Avaroa. A  tych wyjątkowych miejsc po drodze było mnóstwo. Właściwie cały obszar rezerwatu jest niezwykły, jest jak nieznana planeta, która zachwyca lecz dla indywidualnego turysty, tym bardziej niezmotoryzowanego jest raczej trudno dostępna. Często skrajne warunki klimatyczne, duże wysokości, kiepska droga i ograniczony dostęp do wody, szczególnie przed rowerzystą stawiają wysokie wymagania, którym trzeba sprostać jeśli chce się przemierzyć tą niezwykłą krainę rowerem. Lecz w nagrodę za wysiłek włożony w pedałowanie dostaniesz rozgwieżdżone niebo, laguny z tysiącami flamingów i biwaki w najbardziej niezwykłych miejscach na świecie…
Rano w słonecznym blasku laguna wydawała się jeszcze piękniejsza i bardziej malownicza. Jednak część turystów przybywająca nad brzeg jeziorka jeepami, w ramach zorganizowanych wycieczek bardziej interesowała się naszym namiotem i rowerem, które widzieli w oddali między głazami i po raz kolejny staliśmy się tematem zdjęć. Ruszyliśmy dalej a wokół otaczała nas otwarta przestrzeń i wysokie góry, tak malownicze, że można było by fotografować ten surowy krajobraz na wszystkie cztery strony świata. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów w górę i wdrapaniu się na wysokość ponad 4600 m. n.p.m. zaczął się zjazd. Przed nami znów wyłoniła się kolejna piękna panorama. Po wschodniej stronie rozrzucone w pustynnym piachu wielkie skały na Pustyni Salvadora Dali, wyglądające jak dziwnie rzeźbione wiatrem monolity. A w oddali przed nami spokojne wody Laguny Salada i biała połać solnej pustyni Chalviri. Nad nami przewalały się jednak ciemne chmurzyska zwiastujące deszcz, który na tak odkrytej przestrzeni w połączeniu z wiatrem, szybko by się z nami rozprawił. Na szczęście nie musieliśmy się spieszyć. Prowadząc rower przez smagane wiatrem pustkowie dobrnęliśmy do masywnej skały na skraju pustyni S. Dali. Okazało się, że oprócz tego iż miejsce jest po prostu piękne to doskonale chroni przed wiatrem a nawet deszczem. Rozbiliśmy więc namiot, zjedliśmy posiłek i przyglądaliśmy się jak tajemnicze sylwetki skalnych monolitów nikną w nadchodzącej od strony gór ścianie deszczu.
Laguna Salada, za to powitała nas piękna, słoneczna pogodą, mimo, że poranek był bardzo zimny a niebo pełne burzowych chmur. Przy Aguas Calientes (gorących źródłach) jest restauracyjka dla turystów, którzy przyjeżdżają tu jeepami i zatrzymują się czasem również na posiłek i mały sklepik z ciastkami. Dostaliśmy wodę od krzątającej się w kuchni Indianki z długimi warkoczami a w sklepiku zaopatrzyliśmy się w krakersy. Odjechaliśmy dalej od zabudowań i basenu z wodą termalną i nad brzegiem laguny zatrzymaliśmy się by zjeść posiłek. A tu niespodzianka – znajdujemy naturalne oczko wodne z ciepłą wodą i to w dodatku z przepięknym widokiem na góry, lagunę i flamingi. Czy można chcieć czegoś więcej? Zanurzyliśmy się w przyjemnej ciepłej i czystej wodzie na pół godziny cudownego relaksu, podziwiając świat wokół nas i ciesząc się, że po przejechaniu tylu tysięcy kilometrów trafiliśmy w to miejsce. Potem zjedliśmy ciepły posiłek i doładowani pozytywną energią ruszyliśmy w dalszą drogę. Gdy tylko oddaliliśmy się nieco od Laguny Salada, za zboczem góry rozpoczęła się wspinaczka na najwyższy punkt na drodze prowadzącej przez rezerwat i rozpoczęła się też ciężka walka z silnym wiatrem. Dostaliśmy się w pobliże deszczowej chmury i wicher pastwił się nad nami bezlitośnie. Po chwili zostaliśmy zbombardowani gradem, który boleśnie zacinał po twarzach a potem śniegiem. W takich warunkach nie daliśmy rady wyjechać na samą górę, zatrzymaliśmy kilka kilometrów od Sol de Maniana, przy zboczu które osłoniło nas przed wiatrem. Schowaliśmy się w naszym wątpliwej jakości namiocie, mając nadzieję, że wiatr go nie zmiecie.
Noc była mroźna i woda zamarzła nam w butelkach a rower i sakwy, które nie mieszczą się w małym namiocie pokrył szron. To było najwyższe miejsce, w którym do tej pory przyszło nam spac (wys. ponad 4850 m) Ale poranek znów był słoneczny i bez przeszkód dotarliśmy do Sol de Maniana. Tu znajdują się gorące wulkaniczne błota, z których wydobywają się opary siarki, podobnie jak to było na wulkanie Ollague. Teraz czekał nas zjazd do Laguny Colorada. Jadąc z góry widzieliśmy w oddali jej pomarańczowo zabarwioną wodę. Dostrzegliśmy też dużą, ciemną szczelinę w brunatnej pustynnej ziemi, ciągnącą się w kierunku laguny. Ta szczelina to malowniczy kanion, który wprost zapraszał by rozłożyć w nim obozowisko. I tak tez zrobiliśmy. A ledwo namiot stanął pod ścianą kanionu, nadciągnęły ciemne chmury i zaczął padać śnieg.
Rano kiedy tylko zrobiło się na tyle ciepło, że byliśmy w stanie wyjść z namiotu, wskoczyliśmy na rower i pojechaliśmy nad brzeg laguny. Wszystkie otaczające nas szczyty pokryte były śniegiem i widok był cudowny. Na lagunie błyszczącej w promieniach słońca dostrzegliśmy tysiące małych, jasnych punkcików. To flamingi. Mogliśmy im się przyjrzeć nieco lepiej gdy zatrzymaliśmy się nad brzegiem jeziora. Laguna Colorada z flamingami w porannym blasku słońca to jeden z najpiękniejszych widoków jakie mieliśmy okazję w życiu podziwiać.
Droga powrotna nie była łatwa. Mieliśmy zamiar przejechać do Chile w okolicach Laguny Colorada ale okazało się, że przejście graniczne, które widniało na naszej mapie w rzeczywistości nie istnieje. Wracaliśmy więc droga przez rezerwat lecz srogie warunki klimatyczne nie ułatwiały nam zadania, mimo, że znaliśmy już drogę. Na podjeździe z Laguny Colorada dopadła nas burza śnieżna, która uniemożliwiła nam dalsza jazdę już do końca dnia. Byliśmy na odkrytym terenie na wysokości ok. 4820 m. kiedy nagle zerwał się bardzo silny wiatr i zaczął sypać śnieg. Brak profesjonalnej odzieży na takie warunki dawał nam się we znaki lecz mimo zimna jechaliśmy dalej. Powstrzymały nas jednak pioruny, które zaczęły uderzać wokół nas, w bliskiej odległości a wokoło nie było absolutnie żadnego miejsca, gdzie moglibyśmy się schować. Jazda w takiej sytuacji stała się zbyt niebezpieczna. Zeszliśmy z roweru, odstawiliśmy go kilka metrów dalej i okrywając się plandeką przed wiatrem i gęstym śniegiem przycupnęliśmy przy poboczu drogi, w nadziei, że nawałnica nie potrwa długo. Wystarczyło jednak dosłownie kilka minut w bezruchu, żebyśmy totalnie przemarzli i zaczęli dygotać z zimna. Wiedzieliśmy już, że jeśli w ciągu kilku minut się nie schronimy przed wiatrem to będzie z nami kiepsko. Myśleliśmy co tu zrobić, kiedy nagle w śnieżycy pojawił się jeep z turystami. Jednak „białe gęby” przemknęły tylko rozbawione w ciepłym samochodzie, mając ubaw z dwóch przemarzniętych rowerzystów, skulonych przy drodze. Rozbawione „ledwo sapiens” zrobiły nam zdjęcia przez szybę, jak dygoczemy z zimna. Znów byliśmy przez chwilę atrakcja turystyczną. A zwykła ludzka przyzwoitość, która nakazywała zapytać czy wszystko w porządku poszła w diabły…  Na szczęście  długa podróż nas zahartowała i przyzwyczaiła do tego, że powinniśmy liczyć  na siebie. Zeszliśmy kawałek w dół zbocza, oddalając się od drogi. Tam wiało nieco mniej i Przemek rozstawił namiot. Ja byłam już zbyt przemarznięta żeby mu pomóc. Kiedy schroniliśmy się przed wiatrem było już nieco lepiej ale obawialiśmy się czy ten namiot wytrzyma nawałnicę. Burza nie przeszła szybko – śnieg padał przez osiem godzin, a my jak rozbitkowie na tratwie siedzieliśmy w namiocie na jednym materacu i strząsaliśmy śnieg ze ścianek, żeby pod jego ciężarem nie połamały się maszty. Wreszcie około 11.00 w nocy, kiedy przestało padać, mogliśmy wyjść na zewnątrz, odkopać zasypane sakwy a potem ugotować sobie ciepła zupę na palniku. Przynajmniej wody mieliśmy pod dostatkiem, bo śniegu dookoła było mnóstwo i wystarczyło go tylko topić w garnku. Przemek nalał gorącej wody do zbiornika i mieliśmy tez coś w rodzaju termofora. I tak przetrwaliśmy do rana – w niewygodnych pozycjach (nie mogliśmy się ruszać bo wewnętrzne ścianki namiotu były całe mokre i nie chcieliśmy przemoczyć śpiworów) z butlą gorącej wody. A rano chmury się rozstąpiły, wyszło słonce i śnieg skrzył się przepięknie w jego blasku. Dojechaliśmy znowu do pustyni Salvadora Dali a nastepnego dnia do granicy w Hito Cajon. Jeszcze tylko kilka kilometrów podjazdu do asfaltu w silnym wietrze i dotarliśmy do głównej drogi, prowadzącej do San Pedro. Okoliczne góry nadal pokryte były śniegiem, a my spoglądaliśmy za siebie, gdzie pozostała piękna lecz surowa kraina. Byliśmy dumni z siebie, że mimo wszystko udało nam się dotrzeć na ten boliwijski kraniec świata rowerem. Czy „planeta” Eduardo Avaroa, zupełnie pozbawiona drzew i zielonej roślinności, za wyjątkiem burych traw i  porostów, która w dodatku bywa tak nieprzyjazna człowiekowi może być zachwycająca? Nas zachwyciła a Wy, nasi mili towarzysze podróży,  patrząc na zdjęcia  (które wkrótce zamieścimy, chyba  ) możecie się z nami zgodzić albo nie.
Wskoczyliśmy na nasz pojazd i ruszyliśmy przed siebie asfaltem, po którym koła toczyły się dziwnie lekko i równo. Czekało nas 40 kilometrów zjazdu do San Pedro. Rower ruszył jak koń z kopyta i jadąc w dół nabierał pędu. Z każdym przejechanym kilometrem czuliśmy jak zaczyna się robić coraz cieplej. Minęliśmy wszystkie ciężarówki na drodze. I zdawało się, że nasz tandem już nawet nie pędził lecz mieliśmy wrażenie, jakbyśmy lecieli w powietrzu. Jak pocisk lub strzała wystrzelona z łuku wokół której świszcze wiatr. Pędziliśmy do słonecznego San Pedro, do zielonych drzew, do cywilizacji i ciepłego prysznica…

POWRÓT DO LISTY INSPIRACJI

POPULARNE PODRÓŻE