Samotna podróż przez Syrię i Liban

Tandemem wokół Ameryki Południowej
marker
Liban
mix
Zwiedzanie
Tekst i zdjęcia:
www.arttravel.pl
Jednak Syria nie Kambodża, czyli jak to się zaczęło... Zacznijmy, jak to się najczęściej robi w takich sytuacjach, od początku. W moim wypadku od tego czemu jadę akurat do Syrii i Libanu, a nie, tak jak to planowałam i o czym wiedzą Ci, którzy mnie znają lepiej lub tylko im się wydaje, że znają mnie lepiej, do Kambodży.

Przenieśmy się zatem do roku 2010 (jakieś całkowite raczkujące początki, czyli styczeń – luty). Gdańsk – u przyjaciół mojej mamy, gdzie pojechałam wypocząć sobie po świętach i Nowym Roku spędzonych w pracy. Tam wdałam się w batalię słowną na linii Józek – zagorzały katolik i krzyżowiec ojca dyrektora, kontra ja – wielbicielka Turcji i obrończyni muzułmanów i innych pogan. Czyli trzeba mnie spalić na stosie razem z jeszcze niewybudowanym w Wawie meczetem. Oczywiście wszystko w imię tolerancji katolickiej i miłości bliźniego, ergo ogień nas ocali. Uciekłam z Gdańska i wróciłam po niecałym tygodniu do domu, zmęczona bardziej niż kiedy wyjeżdżałam, z postanowieniem, że skoro nie wyszedł mi odpoczynek w Trójmieście trzeba uderzać gdzieś indziej. Tutaj jeszcze nie miałam sprecyzowanego planu tylko termin – wakacyjny, bo wcześniej nie dostałabym wolnego. Kierunek wstępny miał tytuł Kambodża.

Wielkie przyciąganie
Osobiście uważam, że żadne spotkanie w naszym życiu nie jest przypadkowe. Przypadki nie chodzą po ludziach. Wszystko dzieje się z jakiegoś powodu, a każde nasze działanie ma swoje konsekwencje. Ja spotykam bardzo wielu ludzi w życiu, pewnie trochę ze względu na charakter swojej pracy, ale niektórych spotykam naprawdę. Spotkać kogoś naprawdę to znaczy poczuć, że to jest „po coś”. Nie przeciągając – na początku roku koleżanka zadzwoniła do mnie z wielką prośbą o zastępstwo na wieczornym dyżurze wydawcy. Była chora, a nikt nie chciał czy nie mógł za nią tego dnia przyjść do pracy, więc się zgodziłam. Trach. Pierwsze spotkanie prowadzące mnie znów w stronę Bliskiego Wschodu. W czasie tego „przypadkowego” przebywania w radiu poznałam pisarza, podróżnika i generalnie człowieka, który od ponad 10 lat żyje między Niemcami, Polską, a Libanem. Tych, którzy mają w tym miejscu ochotę na romantyczne lub erotyczne kawałki ostudzę i powiem z góry, że nic z tych rzeczy. Po prostu rzadko spotykam w pracy ludzi, z którymi mi się rozmawia od początku świetnie i w dodatku mogę używać zdań złożonych oraz wyrazów mających więcej niż 2 sylaby. Nie będę się rozdrabniać nad przebiegiem naszej korespondencji grunt, że dużo się dowiedziałam, głównie na temat Libanu, a w międzyczasie postanowiłam, że jak trafi się okazja to tam zajrzę.
Projekt był na tyle luźny, że na wakacje wybrałam jednak 2 tygodnie tułania się po Bałkanach. Kambodża znów została zastąpiona przez trasę: Bośnia, Czarnogóra, Macedonia, Serbia, Chorwacja oraz dzicz w postaci Albanii. Za dużo w za krótkim czasie. Grunt, że zakochałam się w Bośni i w Czarnogórze. Na pewno tam wrócę jak tylko dostanę od losu znak, że już czas.

Bliski Wschód woła
Jednak ten Bliski Wschód domagał się wciąż ode mnie uwagi. Na swojej drodze spotykałam „przypadkowo” Syryjczyków, dostałam też jakoś w przelocie, od któregoś wydawnictwa przewodnik po tamtym rejonie, a ostatecznie mój znajomy pisarz przyjechał do Polski i zmontowaliśmy wywiad na temat Libanu. Nie dość tego, kolega, którego poznałam wcześniej przy okazji jakiś zupełnie innych tematów powiedział, że ma znajomą Libankę, która mieszka w Warszawie. Nadine.
Ja jeszcze nie miałam takiego zapalnika, który by mówił „jedź”. Dostałam go w listopadzie. W każdą środę przeglądam sobie promocje Lotu. Jednego dnia patrze, a tam: Warszawa – Damaszek, Bejrut – Warszawa za tysiąc zł. To był ten mój sygnał. To był komunikat „jedź”. Kupiłam bilet bez wahania. Mój plan był jednak nieco inny niż ten, z którym jadę teraz (może się to oczywiście zmienić w każdym momencie). Zatem mój genialny projekt autorski nie rozciągał się jakoś szczególnie na Syrię. W grę wchodził raczej turystyczny standard: Damaszek i Aleppo, a przy okazji drogi w kierunku Libanu Tartus. To był dopiero początek grudnia, a ja już miałam rozeznanie z kim chcę rozmawiać w Bejrucie, ogólny plan zwiedzenia wszystkich niemal miast w Libanie, byłam po rozmowie z Nadine i Anią, którą poznałam właśnie przez nią, a która mieszkała w Bejrucie przez prawie 10 lat. Ale los zawsze domaga się czegoś więcej i dokładnie wie jaką drogą chce mnie prowadzić. Powiedziałam Ani jaki mam bilet i okazało się, że ona jest wręcz zakochana w Syrii, więc mi coś zaświtało i myślę sobie „W sumie, czemu nie? Mogę się przejechać trochę inaczej, mam przecież miesiąc”. Z każdym dniem do mojej ułożonej w głowie rozpiski dodawałam kolejne miasto syryjskie i odejmowałam coś w Libanie. Zrobiło się pół na pół.

Tadmur (Palmyra) – Bassam zaginął

Zgodnie z planem jadę do Tadmur. Kurczę mam nadzieję, że to pierwsza i ostatnia moja wizyta tutaj. Nie żebym nie chciała zobaczyć Palmyry, ale wolałabym nie odwiedzać tutaj przyjaciela. Autobus ma bardzo dobry standard. Bilety w zależności od firmy od 150 do 300 SYP, ja kupiłam za 250 na mniejszy autokar, po jednej stronie siedzenia pojedyncze po drugiej podwójne. Siedzę na pojedynczym. Pełen luksus, siedzenia rozkładane, czyściutko, ogrzewanie, w dodatku ciągle chodzi pan z ciastkami, z herbatą, wodą. Nie można się nudzić. Przysypiam trochę. Budzę się w Tadmurze – to inna nazwa Palmyry. Obie pochodzą od najpopularniejszego tutaj owocu, daktyla (po arabsku tamar) i palmy daktylowej. Napada mnie gromada beduińskich taksiarzy. Łapią mi bagaże, chcą wieść do swoich hoteli. Ja się zaczynam wkurzać, bo ja wiem gdzie chcę jechać. Pierwszy raz jestem max asertywna. Mówię, że chcę do hotelu Bel i koniec nie ma dyskusji i w dupie mam, za przeproszeniem, inne miejsca i to, że tam czysto i tanio. Taksiarze ustępują. Jest hotel. Mój plan to kolacja i sen. niestety plan syna właściciela hotelu jest inny. Halil, bo tak zwie się chłopiec, postanawia mnie uwieść swoimi sposobami w stylu: jesteś piękna, masz piękne oczy i cała masa podobnych bzdur. Zapalam z nim nargilę (czyli to co w Damaszku było sziszą). Siedzę jak na szpilkach, bo Bassam miał mi odpowiedzieć na sms jak dojadę. Nic z tego. Smsy do niego dochodzą, ale on nie odpisuje. Zastanawiam się czy coś się nie stało przypadkiem. Wyrywam się Halilowi i w końcu idę spać. Rano ruszam oglądać muzeum (500 SYP – trochę drogo, myślę). No ale niech im będzie. Muszę czymś zająć myśli. Oglądam te wszystkie stare kamienie jakoś bez przekonania ani nadmiernego entuzjazmu. Potem idę do świątyni Baala. Przyczepia się do mnie jakiś taksiarz. Jestem wściekła, bo on swoje, że czeka, a ja swoje, że nie potrzebuję, ja swoje, że idę, on, że mnie zawiezie. Wybucham. Odczepia się na chwilę. Idę do świątyni. 500 SYP, kolejne? Coś mi nie gra. No, ale co tam mam wszystko gdzieś. Już nie myślę. Robię zdjęcia, uśmiecham się i staram się nie rozmawiać z ludźmi, nie wychodzi. Potem plączę się po ruinach. To bardzo ładne ruiny. Wracam na jakiś obiad, ale co 5 sekund sprawdzam telefon. Brak smsów. Chce mi się płakać. Od wczoraj nie mam żadnej wiadomości, nie wiem co się dzieje. Mam zabronione dzwonić. Nie dzwonię, choć w innych okolicznościach dzwoniłabym co minutę. W tak zwanym międzyczasie dowiaduję się że ten bilet który kupiłam w muzeum i ten w świątyni to właściwie jeden ma całą Palmyrę, więc ja z rozkojarzenia niepotrzebnie kupiłam dwa na to samo. No cóż, siedzę sobie spokojnie w kawiarni, a tu znów pojawia się Halil. Uparł się, żebym poszła z nim pojeździć na wielbłądach. Niech będzie, nigdy nie siedziałam na wielbłądzie. Spryciarz władował się ze mną na jednego. Okazuje się, że wielbłądy mają okres godowy i są bardzo niespokojne. Mi wybrali najbardziej napalonego wielbłąda w stadzie, nazywa się Casanova. Siedzę na tym bydlaku, a ten zaczyna fikać pocę się ze strachu jak świnia, a Halil za mną się cieszy jak głupi. Metalowa rura uwiera mnie w najbardziej kobiecy z narządów. Mam dość. Ten pajac w dodatku opowiada mi potem jak to widzi, że mi się podoba i że myślę o nim, no a tak generalnie to jesteśmy dla siebie stworzeni. A dalej jazda gnojku! Mam inne zmartwienia na głowie niż twoje zaloty. Chcę już jechać w cholerę od tych wielbłądów. Mówię, że jadę na zamek, to ten, że mnie zawiezie mam do wyboru kłócić się z nim lub z taksiarzem o cenę. Niech będzie – wieź mnie na ten zamek. Nie jest to może Kasjon, ale widok mogę pooglądać. Wieczorem zgodziłam się iść na sziszę, a właściwie tutaj to nargilę z Halimem i jego kolegami: Ahmedem, niespełnionym Szekspirem i wielbicielem Hamasu, Adnanem, który uważa, że syryjskie dziewczyny są nudne, bo o seks z nimi trzeba się postarać, Ismailem, który wygląda jak radosny pączek i uchodzi tutaj na Casanove drugiego po wielbłądzie, bo ma Couch Surfing i dużo gości (swoją drogą jak to możliwe, że taki Ismail zaprasza sobie po kilka dziewczyn z CS i nic mu nie grozi, a Bassam ma przerąbane po całości tylko przez mnie?) i Mahmudem, jedynym normalnym. Siedzimy w ogrodzie palmowym w oazie, tzn. w takiej lepiance czy domku, bo deszcz leje i jest cholernie zimno. To kolejny kosmos, raz jedyny jak jadę na pustynie okazuje się, że mają coś w rodzaju trzydniowej zimy stulecia. Rozmowy radośnie toczą się na powyżej wspomniane tematy. Im dalej od Damaszku tym ludzie są dziwniejsi. Tutaj jeszcze jest do zniesienia, ale tego jeszcze nie wiem, więc kiedy Ahmed zaczyna wychwalać Bin Ladena, że ten tylko bronił swojego kraju to trochę już czuję, że przegina. Koledzy go stopują, ale ten się nakręcił. Chłopaki patrzą z przerażeniem. Spoko, przecież go nie zaanonsuję, koleś jest z innej planety, czyli totalnie niegroźny. Wracamy, a ja następnego dnia o świcie mam jechać do Deir az Zaur. Chciałam obejrzeć grobowce rano, ale jest po pierwsze piątek i nikt nie pracuje, a po drugie to leje jak nie wiem co. Trudno, przeżyje bez grobowców. Jest 4.02. masakra na drogach – pełno policji w dodatku zimno jak nie wiem co. Po co ja się pcham do tej wsi? Pamiętam jak Bassam mówił, że nie chciałabym tu być sama. Owszem, ale z tą „opieką”, którą miałam też niekoniecznie.

Kalat Sant Samion – Jestem pod niebem świata
Rano po śniadaniu postanawiam nie siedzieć w mieście tylko zwiedzić położony niedaleko miasta klasztor św. Szymona Słupnika. Jeżeli ktokolwiek postanowi, kiedyś zatrzymać się w hotelu w Syrii, jakimkolwiek, powinien wziąć poprawkę na to, że kierunki tutaj są sprawą umowną totalnie. Pytam jak mam dojść do stacji minibusów i dowiaduję się, że to bardzo blisko, ok 200 m. Mam skręcić w lewo, znów w lewo, a potem w prawo. To tak sobie skręcam i skręcam i właściwie wracam do punktu wyjścia. No cóż, jeszcze raz. Skręcam, skręcam… ok koniec z tym. Idę na czuja. Prosto, w prawo i za mikrobusami znów w prawo. No proszę. Udało się. To była ta najłatwiejsza cześć. Setki mikrobusów na przystanku. Który jest mój? Dobre pytanie. Zaczynam znów metodą Kalego. Kalat Samion? Nie? A może Daret Azzehr? Tak Daret Azzehr to już całkiem inna rozmowa. Ktoś wie gdzie jest taka wieś. Tylko każdy macha rękami i inaczej mi tłumaczy oczywiście po arabsku wszystko. No dobra, zjawia się wybawca. Podchodzi starszy pan i pyta gdzie chcę jechać, to ja – Kali mówię, że do Daret Azzehr. Sant Samion? No wreszcie ktoś mówi ludzkim głosem. Pan ma na imię Ali i mówi, że pomoże mi się dostać do monasteru, bo z tej wsi to jeszcze 6 kilometrów. Po minibusie zaczyna krążyć karteczka do wpisywania się pasażerów, ale wszyscy mówią, że mam się nie wpisywać, bo mogą zatrzymać autobus, a poza tym będą mnie sprawdzać, a tutaj wszystkim się spieszy. Oznacza to oczywiście, że jadę za darmo, ale nikomu to nie przeszkadza. We wsi Ali łapie stopa i odstawia mnie pod samo wejście klasztoru. Super, dzięki wielkie.
Kolejne miejsce gdzie jestem zupełnie sama. Klasztor położony jest na szczycie wzgórza na kamienistej pustyni. Wokół żywego ducha. Słońce jest dziś dla mnie łaskawe. Siadam na szczycie ruin ze wzrokiem utkwionym w kilka oliwnych drzewek. Wiatr rozproszony w skałach i oliwkach brzmi jak morze. Wiem już Szymonie czemu wybrałeś właśnie to miejsce. Tutaj jest się bliżej tej siły, która jest dla jednych boskością, dla innych mądrością, a jeszcze dla innych esencją świata. Nie wyobrażam sobie tego miejsca latem. Pełnego turystów i odgłosów fleszy. Nie wyobrażam sobie, że może tutaj być ktoś poza mną. Naprawdę zaczyna przepełniać mnie spokój i głos mówiący „wszystko się ułoży”. Jest mi po prostu dobrze. Spędzam tutaj godzinę. Najlepsza moja godzina po wyjeździe z Damaszku. Po raz pierwszy czuję się znów wolna od wszystkich myśli i zmartwień. Tu pod niebem świata wszystko jest takie proste i oczywiste.
Nie mogę jednak zostać na zawsze w ruinach klasztoru (tym bardziej, że w końcu ktoś tu jednak przyjdzie). Schodzę naładowana pozytywną energią i idąc w dół wzgórza spotykam ojca z synkiem. Zdjęcie? No pewnie, że zdjęcie. Dalej widzę małżeństwo, chyba Chińczyków. No i już jest tłok.
Jak się stąd wydostać? Na dole spotykam Zaharię. Szalonego kierowcę, który proponuje mi podwózkę do Aleppo i zobaczenie po drodze Mushabbak (po negocjacjach za 275 SYP). Nie mam co robić po południu, więc się zgadzam. Z resztą inaczej nie zobaczę ruin kościoła, bo to tak po prawdzie zadupie totalne, a nawet większe. Musimy tylko poczekać na Chińczyków, których widziałam na górze, bo to oni go wynajęli. Pewnie nieźle im policzył. Zaczynamy rozmawiać. Okazuje się, że niedaleko Aleppo jest jeszcze jedna ciekawa rzecz, której raczej turyści nie odwiedzają – wioska Fahr. Zaharia może mnie tam zawieść jak odstawimy Chińczyków. Przemyśle to.
Wreszcie zeszli. Jedziemy na herbatę i kawę do siostry naszego kierowcy. Oczywiście zdjęcia i pojedyncze słowa oznaczające wymianę uprzejmości, bo Chińczycy tylko Salam i shukran a ja z 5 słów więcej. Głownie dlatego że pan Khaldun z Hamy dzwoni do mnie niemal codziennie i dziwi się co dzień bardziej „jeszcze nie mówisz po arabsku?”. Aż mi głupio, że nie.
Mushabbak jest położony również na kamienistej pustyni w zupełnym odosobnieniu. Przyjeżdżamy na zachód słońca. Samemu bez samochodu nie sposób się tutaj o tej porze dostać. Po prostu nic tu nie jeździ. Do najbliższej wsi kilka kilometrów.
Oczywiście zdjęcia i wracamy. W drodze powrotnej Zaharia zaczyna śpiewać. Właściwie raczej ryczy jak ranne zwierzę. W głowie mam tylko jedno pytanie „daleko jeszcze?”. Wreszcie Aleppo. Żegnam Chińczyków, a kierowca pyta czy chcę zobaczyć tę wioskę o której mi mówił. Jest dość późno, ale pewnie, że chcę. To kilka kilometrów za miastem. Ludzie mieszkają tutaj w lepiankach przypominających małe kopce albo ule. Bez okien, bez niczego właściwie. Kilka kilometrów od wielkiej metropolii po prostu życie się zatrzymało na tym etapie jak w jakiejś wiosce afrykańskiej. Bardzo biednie, ale bardzo gościnnie. Zatrzymujemy się u znajomych Zaharii. W takiej jednej lepiance śpią cztery osoby. Strasznie dużo dzieci, chyba ponad 10. W Syrii ludzie mają generalnie dużo dzieci. Zaczyna się standardowa procedura fotografowania. Jest tutaj jedna śliczna mała dziewczynka Saboha. Jej imię oznacza poranek. Bardzo dobre imię dla tak ślicznego i radosnego dziecka. Jak pomyślę że prawdopodobnie dziecka bez przyszłości to mi jest naprawdę smutno. Zostawiam im parę groszy. Bardziej potrzebują niż ja. To tyle co ja wydam na obiad – oni pewnie będą mieć za to obiad dla całej rodziny.
Wracamy. Jest już późno. Umawiam się z Zaharią na następny dzień. Razem z małżeństwem Chińczyków postanawiam odwiedzić umarłe miasta i Apameę. Szykuje się długi dzień.

POWRÓT DO LISTY INSPIRACJI

POPULARNE PODRÓŻE