Maroko

Winne wino, czy niewinne!
Dzika przyroda i all-inclusive - Explora Chile
marker
Maroko
mix
Zwiedzanie
Tekst i zdjęcia:
Robert Sirek, www.arttravel.pl
Od razu poczuliśmy, że jesteśmy w Afryce - powietrze było bardziej gorące, zapachy wyraźniejsze, odgłosy ulicy bardziej różnorodne…

Wraz z Arturem, Czarkiem i Wojtkiem z Kielc, kolegami z Klubu Motocyklowego Varadero (KTM LC8, dwie Hondy Varadero) oraz Romanem z Poznania (Honda Africa Twin) wystartowałem 18. lutego z Bielska-Białej. Trasę z Polski do Hiszpanii pokonaliśmy samochodem. Motocykle transportowaliśmy na specjalnie skonstruowanej na tą okazję przyczepie, która jak się okazało, choć kosztowna – nie sprawdziła się w praktyce. Skutecznie za to utrudniła podróż, ograniczając możliwą do osiągnięcia prędkość do 100 km/godz. Efekt, był taki, że jechaliśmy bez przerw 48 godzin, zmieniając się za kierownicą. Szybko więc zostawiliśmy za sobą zimową aurę i dojechaliśmy do słonecznej Hiszpanii. W Polsce panował śnieg i mróz, a tutaj słońce i temperatura ponad 10 stopni Celsjusza.

Nauczeni doświadczeniem z poprzedniej wyprawy do Afryki, nie zostawiliśmy samochodu na portowym parkingu, ale na polu kempingowym około 40 km od portu Algeciras. Tutaj załadowaliśmy się na prom i w niecałą godzinę byliśmy w Ceucie, hiszpańskiej enklawie na cyplu Almina tworzącym Cieśninę Gibraltarską. To tutaj spotykają się dwa kontynenty, Europa i Afryka, oraz dwa morza. Po dwugodzinnej odprawie wjechaliśmy do Maroka. Od razu poczuliśmy, że jesteśmy w Afryce – powietrze było bardziej gorące, zapachy wyraźniejsze, odgłosy ulicy bardziej różnorodne… Zapadał zmierzch, więc jedynie rzuciliśmy okiem na okolicę, ukształtowaną przez kulturę chrześcijańską, muzułmańską i hebrajską, co widać w architekturze choćby świątyń: kościołów, meczetów, synagog. Zmęczeni podróżą przez Europę, zaglądnęliśmy na Plac Afrykański z największymi zabytkami, jak katedra, ratusz i kościół Najświętszej Marii Panny Afrykańskiej oraz mury obronne. Przecież wstyd niczego nie zobaczyć. Dalej pomknęliśmy wzdłuż wybrzeża na wschód, w stronę granicy z Algierią. Dookoła wysokie góry i nagie skały… Po kilku kilometrach znaleźliśmy mały hotel, który skusił nas ceną i obietnicą śniadania. Okazało się potem, że cena za nocleg w rzeczywistości była wyższa, a za śniadanie należało dodatkowo zapłacić, ale trudno. Jutro miała zacząć się nasza afrykańska przygoda. Rankiem następnego dnia ruszyliśmy dalej wzdłuż wybrzeża, podziwiając morze i górskie zbocza.

Po około 150 kilometrach odbiliśmy w głąb lądu, wjeżdżając w gęstej mgle, w pofałdowane, wysokie, skaliste góry Rifu sięgające 2500 m n.p.m. Czym wyżej, tym krajobraz stawał się bardziej księżycowy. Rejon ten jest znanym i legalnym w większości miejscem plantacji marihuany w Maroku, stąd też podróżując po tym terenie staraliśmy się zachować ostrożność… Drogi, zarówno ta wzdłuż wybrzeża, jak te boczne w górach Rifu, choć kręte, były w dobrym stanie. Co ciekawe, składały się na nie niekończące się serpentyny. Ruch jest tam minimalny i wyłącznie przejazd przez miasta wymagał koncentracji. Chaos, chaos, chaos, harmider i rozgardiasz. Skutery, wielbłądy, ciężarówki załadowane wszystkim, co tylko można sobie wyobrazić, piesi, osły. Na ulicy materace, lodówki, owoce. W tle surowe sylwetki szczytów Rifu i domostwa porozrzucane w górach to tu, to tam.

Z miejscowości Bab Berred ruszyliśmy przez Ketamę, otoczoną zboczami, na których uprawia się konopie (stolica narkotykowej mafii), w stronę wybrzeża, zatrzymując się na nocleg w El Husajma, jednym z nadmorskich kurortów Maroka, sennym i spokojnym poza sezonem turystycznym. Potem stanęliśmy w Mellili, hiszpańskiej enklawie, z rozległą cytadelą górującą nad przystanią. Najciekawszą częścią marokańskich miast są medyny – wąskie uliczki, ślepe zaułki, pełne straganów z owocami, warzywami, berberyjskimi dywanami, ceramiką… Nowoczesne dzielnice straszą.

Stąd skierowaliśmy się w głąb lądu, w region rozciągający się pomiędzy górami Rifu, a szczytami Atlasu Średniego, za którymi ciągnie się Sahara. Jechaliśmy przez Fez, Safru, Azru, docierając do El Habibbi, i dalej na południe do Merzougi, gdzie przespaliśmy się na dachu na materacach. Rano ruszyliśmy w pustynię, koniecznie zaopatrując się uprzednio w zapas wody. Piaszczyste, ogromne wydmy ciągną się hen na południe… Jazda po pomarańczowej piaszczystej Saharze sprawiała nam frajdę – w sumie każda wydma to wyzwanie. Równie męczące, ale i sprawiające niesamowitą radość była jazda szutrem, lawirowanie pomiędzy kamieniami, krótkie podjazdy, kamieniste serpentyny. Były one pokryte kamieniami wielkości piłeczki pingpongowej, drobnymi kamyczkami i głazami. Właśnie w czasie stukilometrowej offroadowej jazdy z Zakury (kolejny przystanek po Merzoudze) do Foum-Zguid ,Wojtek zaszkodził motocyklowi tak skutecznie, że musiał zrezygnować z dalszych prób terenowych. W związku z problemami technicznymi Wojtka, grupa podzieliła się na dwie części: Roman, Czarek i Wojtek skierowali się w stronę Algadiru, skąd zrobili wypad do Marakeszu. Z wrażenia, jaki na nich zrobił, nie mogą się otrząsnąć do dzisiaj, wspominając gwar i hałas uliczny, świetne jedzenie, zapachy unoszące się nad barwnymi sukami, palące słońce, niesamowite zabytki, ale też sprzedawców kuglarzy, zaklinaczy wężów oraz turystów. Druga grupa, czyli ja z Arturem ruszyliśmy dalej na południe i potem na południowy zachód w stronę wybrzeża atlantyckiego.

Atlas to krajobraz pustynny, ostre, nagie skały w kolorach czerwieni i brązu, ośnieżone szczyty i błękitne niebo. Jechaliśmy przez zakurzone miasteczka Akka i Tata, niegdyś ważne punkty na trasie karawan, przez pustynny krajobraz pozbawiony nawet pojedynczych drzew i krzewów, suche uedy, którymi okresowo płyną rzeki… Wreszcie Atlantyk. Od razu czuć, że to ocean. Spienione wody, wilgotny, silny wiatr, fantastyczne warunki dla surferów, mewy, zapach ryb. Ruszyliśmy na zachód i z powrotem, fundując sobie przy okazji kilkugodzinny wypad offroadowy w góry na wysokość niemal 2000 metrów. Niewiele brakowało byśmy dotarli na szczyt. To ostatni zryw. Zaraz potem powrót do Ceuty, przeprawa promem do Europy i spotkanie z kolegami z drugiej grupy na kempingu.

Z trzytygodniowej wyprawy do Maroka zachowaliśmy w pamięci przede wszystkim wspomnienia fantastycznych górskich panoram, bezkresnych wydm, pięknych kazb, oaz, gajów palmowych, berberyjskich wsi na górskich stokach i ośnieżonych szczytów Atlasu.

POWRÓT DO LISTY INSPIRACJI

POPULARNE PODRÓŻE